![]() |
||||
![]() |
||||
![]() |
||||
![]() |
![]() |
Co tam, panie, w świecie znaków kulturowych? Otóż byłam na toruńskim "Hamlecie" i sama nie wiem, co mam o nim myśleć. Bo niby rozumiem koncepcję, widzę w niej nawet sens, problem w tym, że ta koncepcja nie "zagrała", coś po drodze zgrzytnęło i szlag trafił linię przewodnią. Kilka scen było naprawdę rewelacyjnych, zresztą sam pomysł błazeńskiego alter-ego (komiczna podszewka każdego tragizmu) i kabareciarsko-międzywojennej otoczki w kontekście hamletowskim wydał mi się interesujący,że hej. Ale... Ale jednak coś poszło nie tak jak trzeba. Sztuka nie była sztuką, tylko serią rozsypanych koralików bez sznurka, pomijając już fakt, że nadmiar roznegliżowanych panienek w każdym niemal spektaklu może w końcu zanudzić na śmierć. Ta konwencja zaczyna się przejadać. Uwspółcześnianie klasyki zresztą też - marzy mi się takie tradycyjne, klasyczne przedstawienie z pompą, kostiumami, bajerami i scenografią zapierającą dech. Tyle, że a) moda jaka jest, każdy widzi i b) forsy tak jakby prowincjonalnym teatrom brakuje. I dupa. Pomysł, to oczywiście podstawa, ale jak robi się z takiego na przykład "Snu nocy letniej" uwspółcześnione gówno, które traci tym samym cały swój baśniowy urok, to mam ochotę nabyć pomidory i pobawić się w strzelca wyborowego. Bo ja już nie mogę, no! Więcej archaizmów dla społeczeństwa! Wracając do "Hamleta" - Grzegorz Woś, odtwórca głównej roli, zauroczył mnie na amen i to nie ulega wątpliwości. Po prostu czarodziej! Do cholery, jak to się dzieje, że tak niepozorny człowiek, na którego na ulicy nie zwróciłoby się uwagi, na scenie przeistacza się w kogoś... no... całkiem nie z tego świata??? On nie grał Hamleta, on nim BYŁ. Miałam nawet wrażenie, już podczas wybuchu oklasków, że nie potrafi się pozbierać i nie do końca zdaje sobie sprawę, w jakiej rzeczywistości przebywa. Jeszcze w teatralnej, czy już w zwyczajnej, gdzie dekoracje są dekoracjami, a nie królewskim pałacem władców Danii. Niektórzy aktorzy mają to coś, tę iskierkę, która ich uniezwykla i odróżnia od innych - może nie tylko pisarze mogą, jakby to powiedział Moers, osiągnąć Orma? Czyli znaleźć sie nagle w miejscu twórczym, energetycznym i trzeszczącym od wewnętrznych napięć; w samej kolebce artystycznych doznań? Myślę, że tak, że aktorzy też mogą tam trafić. Woś w każdym razie bywa tam bardzo często. Tak jak i Ubysz, Maciejewski i - niech to cholera, nie lubię baby, ale muszę to przyznać - Podfilipska też. Jej Ofelia była świetna, nie tylko dlatego, że utopiła się pod prysznicem. Po prostu przerobienie tej postaci na skromniutką panienkę ze dworu, co we włosach nosi spineszki i czasami pogrywa na pianinie ku uciesze domowników, trafiło mi do przekonania. Skojarzenia z "Przedwiośniem" narzuciły się same, wcale ich nie zapraszałam. Tak jak wcale nie chciałam porównywać Wosia z Chyrą, a jednak nie dało się tego uniknąć. No. Strasznie się cieszę, że znowu zaczęłam regularnie chodzić do teatru, bardzo mi tego brakowało. Jak każdy wampir emocjonalny potrzebuję solidnych dawek emocji, bez nich czuję się pusto i anemicznie... Stąd ciągłe zafilmowanie, zaczytanie i zateatralnienie. Zabierzcie mi produkty kultury tak zwanej wyższej a rozsypię się w proch - żadne osikowe kołki ani wody święcone nie będą potrzebne! Jeżeli szczęście faktycznie polega na tym, by "nie tworzyć z prostych rzeczy intelektualnych labiryntów", to nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę szczęśliwa. 2008-12-22 15:38:54 Krajzis
Z newsów – zakupiłam komputer, ale to już dawno było. Prawie zapomniałam. W każdym razie działa (albo nie), mocno mnie wkurwia (albo nie), i ma na imię Rudolf. Uprzedzając pytanie: nie zarejestrowałam czerwonego nosa, chociaż przyglądałam się dość dokładnie. Zaczęłam pisać magisterkę... i skończyłam na jednej stronie. Apatia, bierność i Mam To Wszystko W Dupie. Czy ktoś mógłby mi pożyczyć choć odrobinę energii? Z lektur – "Weiser Dawidek" Huellego. Za tak krystaliczny styl prozy byłabym w stanie zabić. O ile ktoś byłby na tyle głupi, żeby dać mi do rąk kałacha. Nie spotkałam się jeszcze z czymś tak... idealnym, a przeczytałam w życiu cholernie dużo książek (niestety). To przerażające. Ideał przeraża. Zawsze przecież pojawiają się jakieś zgrzyty, niedoskonałostki, tentegesy i złe słowa w złych miejscach. A u Huellego nie. Nic. Kurwa, jak on to zrobił...? "Sto lat samotności" (tak, tak, wzięłam się w końcu za Marqueza) rozumiem historiozoficznie i mam w dupie, że można inaczej. Bo na pewno można, nie wątpię. Dla mnie to wiwisekcja Historii jako takiej, przepływ przez ustroje, wytwory ludzkiej głupoty i ludzkich namiętności. Aż w końcu - zgrzyt sprężyny dziejowej i powrót do prapoczątku. Niczego nie osiągniemy, bo prędzej czy później staniemy w tym samym punkcie, z którego wyszliśmy; niekończący się Poniedziałek! O tak, od tego faktycznie można zwariować. Na Sylwestra idę do klubu studenckiego i nastawiam się na... na nic. Na nic się nie nastawiam. Wejdę, wypiję, potańczę, dostanę głupawki i będzie mi wszystko jedno, gdzie, jak i dlaczego. Żadnych oczekiwań, żadnych rozczarowań. Jedno jest dobre – mam się w co ubrać, bo zakupiłam byłam krwistą tunikę. Do kompletu brakuje mi już tylko tandetnych, długich i migających kolczyków w stylu "wieś tańczy i śpiewa". Ale i to się załatwi, w końcu kiosków ci u nas dostatek.
Pomijając fakt, że nie mam pieniędzy. Absolutnie, zupełnie i nieodwołalnie. Komputer mnie spłukał, święta dobiły i pogrzebały w betonie. Znowu będę się musiała zapożyczyć, pytanie tylko, u kogo, skoro nikt w grudniu groszem nie śmierdzi... Nic tylko się zastrzelić, powiesić i podpalić resztki. Jakby ktoś znał jakiś fajny bank do obrabowanie, to proszę o kontakt. Ciekawe, czy humor może mi się jeszcze pogorszyć, czy to już kres kresów...?
Mój kot jest blondynką. Przed chwilą musiałam, z latarką w łapie, iść po niego do opuszczonej chałupy (w której straszy), bo nie umiał zejść ze strychu. I to nie było zabawne. Albowiem drabina się chwiała, netopyrki fruwały, a pająki się pajączyły. Myślałam, że zawału dostanę! A ten futrzasty debil, zamiast pomóc, dostał stracho-głupawki – tak się wyrywał, że o mało nie zleciałam i nie złamałam karku :/ W jednej ręce latarka, w drugiej kot, niby jak miałam się jeszcze trzymać drabiny...? To cud, że żyję. I cud będzie, jeśli mnie kto nie oskarży o włamanie... Na dodatek, to nie pierwszy taki wyskok Tośki, raczej powtórka z rozrywki! Tyle tylko, że ostatnio moja mama robiła za oddział ratunkowy, a tym razem padło na mnie. Grr, grr, grrr. 2008-11-26 00:06:23 Bazgrolnik pokonkursowy Popijam wino, słucham pseudobohemiarskich plotek, i dowiaduję się, że jestem matołem, który nie ma bladego pojęcia o współczesnej literaturze czeskiej. Ani o austriackiej. Co ciekawe, moje ego, zamiast cierpieć piekielne katusze, czuje się przyjemnie... stłamszone. Z jednej strony śmiać mi się chce, bo rozmowy (a właściwie monologi) balansują na granicy wyższej pierdolencji, a z drugiej - otumania mnie nietypowość sytuacji. Jadę sobie ci ja na galę radośnie i w miarę bezstresowo, myśląc "ach, prowincja, byleby tylko dali kasę", okazuje się zaś, że tak jakby... prowincja prowincją... ALE.
Ale, kurde, wierchuszka poetyckiego półświatka. Startowała była.
Otóż zamilkłam. Okazuje się, że nadal jestem w stanie zadziwić sama siebie. I to nie tylko w kwestii nagle obudzonej skromności, czy masochistycznych odwyrtek. Myślałam, naiwna, że wiem o sobie całkiem sporo, a tu masz ci los, nagle dopada mnie cała masa sprzecznych emocji, z których istnienia nawet nie zdawałam sobie sprawy! O kurwa, że się tak nieładnie wyrażę. Ja już chyba nie chcę żadnej bohemy. Najbardziej podobał mi się komentarz mojej matki-uczycielki tańca, która mi towarzyszyła, samochód prowadziła, miód i piwo piła. I miała przy tym niezły ubaw. "A ja myślałam, że to tancerze są porąbani..." Otóż nie, proszę państwa. Tancerze są normalni, ucywilizowani i generalnie nudni jak flaki z olejem. Prawdziwie porąbani są literaci. A wśród literatów zaszczytną, porąbańczą palmę pierwszeństwa dzierżą wierszokleci. Mają ogromną wiedzę, są diabelnie oczytani (i przez to mocno wkurzający), nie zmienia to jednak faktu, że czasami ma się ochotę potraktować ich czymś ciężkim i przyjemnie metalowym. Łomem, dla przykładu. Albo chociażby pogrzebaczem. * Powinnam w tym momencie skleić laurkę ku czci wszystkich, którzy bawią się - a trud to niemały - w animację kulturalną ludu. Niekoniecznie małomiasteczkowego. Problem polega na tym, że zupełnie mi się nie chce, jestem kiepska w laurkach. Ot fajnie, że komuś się jeszcze chce Coś Robić. To apropos samego konkursu i gali, całkiem sympatycznej, choć przydługiej i naszpikowanej występami artystycznymi, które niekoniecznie chciałoby się zapamiętać. Było co jeść, co pić, gdzie spać, i z kim pogadać - czego chcieć więcej? No, chyba tylko wiosennej pogody i mniejszych odległości, bo W. naprawdę leży na końcu świata, przynajmniej z punktu widzenia Torunianki. Nawet wrony tam zawracają. A po polach harcują białe niedźwiedzie... ha, no dobra, przesadziłam. W każdym razie bliżej stamtąd do Wrocławia, niż do Łodzi - województwo łódzkie jest wielgachne! I pożera cholernie dużo forsy na paliwo. Ale nie żałuję, że pojechałam, gotówka piechotą nie chodzi. Grosz nie śmierdzi. Wrażenia można przerobić na literaturę, a kozaki, zupełnie przypadkowo kupione w Kaliszu, sprawują się całkiem nieźle. "No patrz, od razu widać, że kaliskie" - stwierdziła M., gdy kazałam jej pochwalić nowy nabytek. Niezupełnie rozumiem, co miała na myśli... wredna zołza... ale powiedzmy, że uznam to za komplement ;)
Tak oto wymieniłam wiersze na buty. 2008-11-03 14:58:11 I zapiję swój pogrzeb (ciąg dalszy)
Ktoś, kto zlecił wykonanie tablicy nagrobkowej z napisem "Tu spoczywają zwłoki rodziny X" odznaczał się absolutnym brakiem wyczucia językowego. Gdy natknęłam się na ten grobowiec (zabytkowy zresztą i sporych rozmiarów), zrobiło mi się dziwnie wesoło - oto humor cmentarny w autentycznej postaci! Szkoda tylko, że zamiast "zwłok" nie było "trupów", z dodatkiem grzecznościowym w rodzaju "wielce szacowne". Wniosek: refleksyjność wcale nie musi być ponura. A wzruszenie wiąże się tak samo z uśmiechem, jak i ze łzami. Przypomniało mi się opowiadanie Leszka i przedwojenny Lublin, który po tej "magicznej stronie" dalej istnieje w niezmienionej formie. Bardzo podoba mi się ta wizja, bo sama myślę podobnie - nic na świecie tak naprawdę nie przemija, zawsze pozostaje jakiś ślad. Nie tylko po ludziach, po budynkach również, bo i budynki żyją, przynajmniej w mojej post-romantycznej (post-pogańskiej?) interpretacji. Gdzieś tam, za Zakrętem, znajdziemy te wszystkie cudowne miejsca, o których czasami śnimy, a jeszcze częściej - marzymy o nich na jawie. Gdyby było inaczej, to jaki to wszystko miałoby sens? No...? Nie miałoby żadnego. Ale dość tych egzaltacji, w które ostatnimi czasy popadam. Otóż ubawiłam się nie tylko pierwszego listopada, równie zabawnie było w Halloween - zaliczyłam wtedy pełnokrwisty zgon. Okazało się, że barman z Fajki ma na przedramieniu wytatuowanego... Śmierć Szczurów! Tak, tak, tego pratchettowskiego. Ja wiem, ludzie cierpią na przeróżne spaczenia, ale żeby aż tak? Dobrze, że nie kazał sobie wytatuować Bagażu... Hehe. Swoją drogą indywiduum lubiące jednocześnie Pratchetta i Coelho, musi być zdrowo trzepnięte. Niezależnie od tatuaży. Ten tydzień zapowiada się bardzo sympatycznie, obym się tylko na nim nie zawiodła. Opijemy motoryzacyjną porażkę Verity, odreagujemy z co_po_niektórymi środowy wykład z obrazeczków (Nigdy, ale to przenigdy, nie powieszę sobie na ścianie obrazu z koniem. Jestem uleczona. Przez niejakiego Wierusza-Kowalskiego i jego monachijskich kolesiów.), a na dobicie pogłupawkujemy w domostwie przyszłej pani weteryniarz, która wisi nam flaszkę. Tudzież dwie. Oby tylko pogoda nie była tak listopadowo_dołująca, jak dzisiaj, bo chwilowo, to mi się nawet własnego tyłka nie chce wyprowadzić z chałupy... A, kurde, muszę. 2008-10-30 23:23:01 I zapiję swój pogrzeb Niefajnie tak jakoś. Ogólnie. Nic mi się nie udaje, czegokolwiek się tknę, to psuję (i nie mówię tylko o kabelku od klawiatury), a w dodatku cierpię na wszechstronnego niechcieja. Chociaż dzisiaj byłam, wbrew niechciejowi, bardzo dzielna i trochę pogrzebałam w materiałach do magisterki - zabawne, kiedyś patrzyłam na teksty naukowe z pobożnym zachwytem (albo z równie pobożną nienawiścią), natomiast w tej chwili jestem gotowa polemizować z każdym, kto mi podpadnie. Taki Trębicki, na przykład, który zresztą bardzo ciekawie pisze o ewolucji fantasy, zbyt jak na mój gust zawęża pojęcie, no i wyrzuca na margines wszystkie zjawiska, które mu zgrzytają z koncepcją. Idąc za tokiem jego rozumowania - "Trylogia husycka" Sapkowskiego w ogóle nie należy do fantasy, zawiera tylko pewne elementy gatunkowe! Szczerze się w tym momencie uśmiałam, szczególnie, że zjawiskom, które najbardziej mnie interesują, czyli fantasy miejskiej i historycznej, pan Trębicki poświęcił... przypisy. Sztuk dwa. To bardzo wygodne posunięcie, mamy jakiś model, a jeżeli coś do niego nie pasuje, to jest wyjątkiem, odstępstwem od normy. Problem zaczyna się wtedy, gdy z wyjątków robi się reguła, trzeba wtedy zaczynać robotę badawczą od początku. Piękny model bierze cholera. Puzzle za nic nie chcą do siebie pasować.
Poza teorią literatury, dalej brnę w demonologię i w feminizmy z czarownicami w tle. Robi się coraz ciekawiej. To znaczy robiłoby się, gdybym poświęciła pracy chociaż połowę czasu, który spędzam na pisaniu głupot, siedzeniu w necie, i czytaniu książek, nie mających nic wspólnego z magisterką. Chociaż, jakbym się uparła, to pewnie znalazłabym jakieś paralele między "Portretem Doriana Graya", a motywami folklorystycznymi w "Trylogii husyckiej"...
Pozostając przy tematyce sztuki szerokopojętej. Tak i jeszcze raz tak, "Maria Stuart" wyjątkowo się naszemu toruńskiemu teatrowi udała...
... i wcale nie chodzi mi tylko o wątek slashowy! Chociaż muszę przyznać, że Marek Ubysz w roli uwodziciela młodych i niewinnych lordów wypadł... eee... przekonująco ;) Jutro zamierzam trochę postraszyć. Różne są zdania na temat Halloween, ja oburzać się na "importowane święto" nie zamierzam, bo wydaje mi się, że w karnawalizowaniu własnych strachów nie ma nic złego. Dzisiaj potańczmy i pobawmy się, a jutro idźmy na cmentarz i zadumajmy się nad przemijaniem. Jedno nie wyklucza drugiego. Byleby tylko nie przesadzić z kiczem w amerykańskim stylu, bo kicz w nadmiarze szkodzi na żołądek. I mocno wkurza. Każda okazja do zabawy jest dobra. Chociaż ja będę raczej zapijać własną biedę i zasypywać depresyjne dołki... oczywiście jeśli ktoś podsunie mi łopatę. Albo chociaż łyżkę do butów, ahjoj. 2008-10-20 20:24:20 Wczytana w atrament Jeden z moich fanfikowych bohaterów (wtajemniczeni wiedzą, który), zbyt emocjonalnie podchodzi do książek. Zdarza się nawet, że, ku utrapieniu rodziny i przyjaciół, ciężko odchorowuje słowo pisane - po prostu traci nad sobą kontrolę. Przestaje zwracać uwagę na to, co się dookoła niego dzieje. Nie czuje zimna, głodu, nie zauważa, że komuś właśnie sprawił przykrość, ignoruje duże wysokości i głębokie zbiorniki wodne. Krótko mówiąc, jest stracony dla świata. Nie na długo, czasem na godzinę, dwie, częściej na parę dni, bywa jednak, że trans przedłuża się nawet do kilku tygodni. Niezależnie jednak od czasu trwania takiego stanu, przebudzenie jest potworne, boli tak bardzo, że człowiek ma ochotę palnąć sobie w łeb. I tak jest zawsze. Wiadomo, jak się wszystko skończy, a jednak czyta się kolejne książki, przeżywa się je, wchłania, fruwa ze szczęścia, żeby potem leżeć na podłodze i marzyć o arszeniku. Wcale nie mówię w tym momencie o bohaterze fanfików, ale przecież się domyśliliście, prawda?
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że jeżeli ryzykuję w opowiadaniach patos (a nie robię tego zbyt często), to zwykle ma on podłoże rzeczywiste. Wszystkie łzawe, głodne kawałki, przesady i przerysowania, są dużo prawdziwsze od starannie układanych fabuł. Albowiem nie ma bardziej kiczowatej opowieści od tej, która się toczy za naszymi oknami, i w którą jakiś idiota-narrator wplątał nas bez naszej wiedzy.
Szłam do empiku jak... jak... ! To katharsis, uczucie, za którym się tęskni (ba, oddałoby się pół życia, żeby je znowu przeżyć!), i którego trudno się nie obawiać. Bo po ostatnim zdaniu nie będzie już przecież niczego więcej, poza ostrym świstem miecza - poza słowem "koniec" wbitym w kartkę.
(i głowa potoczy się po bruku ku uciesze gawiedzi) Tak. Kocham patos. Jak widać - ze wzajemnością. 2008-10-16 18:53:03 Apokaliptyczny prztyczek w nos
Zaczynam popadać w nałóg. Nie jestem w stanie wejść do empiku (czy do innej księgarni), i nie kupić książki, to silniejsze ode mnie! Oczywiście zawsze miałam świra na tym punkcie, ale ostatnimi czasy przechodzę sama siebie. I nawet wiem, dlaczego. Wszystko przez syndrom apokalipsy, czyli końca studiów - czuję się tak, jakby po tym roku nie miało być kolejnego, w związku z czym rzucam się w przeróżne szaleństwa i ignoruję wyrzuty sumienia. Chcę przeczytać jak najwięcej, póki jeszcze mogę, póki żyję, póki świat się kręci, bo później albo zniknę gdzieś w Nibylandii, albo zamienię się w koszmarną sekutnicę. Nie umiem sobie wyobrazić siebie_pracującej, siebie płacącej_rachunki, zupełnie nie mieści mi się to w głowie! Dlatego wydaję masę stypendialnych pieniędzy (po co mam oszczędzać, skoro zbliża się koniec świata?), mówię różne dziwne rzeczy i funkcjonuję głównie w świecie równoległym, czyli w świecie własnych emocji. Nie chcę nie chcę nie chcę nie chcę
wstawać rano I przysięgam, że prędzej zdechnę z głodu, niż będę pracować fizycznie w jakiejś zakazanej spelunie! Aż tak mi nie zależy na życiu, żeby się go trzymać za wszelką cenę. No tak, tuwimowski nastrój prysł jak bańka mydlana. Sama nie wiem, dlaczego, przecież pół dnia czytałam dzisiaj baśniową "Atramentową krew", która z szarością dnia codziennego ma niewiele wspólnego. A jednak czarnowidztwo wróciło, chociaż nikt go tutaj nie zapraszał.
Idę po kieliszek malinówki, może to mi poprawi humor. Byłoby o wiele fajniej, gdyby co chwila nie zmieniał mi się nastrój. Zachowuję się jak wariatka. A na dodatek świetnie zdaję sobie z tego sprawę. post scriptum Ori, zdradziłam Bastę. Nie wiem kiedy i jak, ale pokoHałam Smolipalucha miłością czystą i nieokiełznaną (w "Atramentowym sercu" mnie tak nie rajcował, ciekawe). Na dodatek przestało mi przeszkadzać Meggie/Farid... Ori! Ja jestem chorym człowiekiem! |
![]() |
Słucham Elizjum jest miejscem ogólnodostępnej wymiany poglądów - mile widziane dyskusje związane z zamieszczanymi na blogu notatkami. Jeżeli chcesz się ze mną skontaktować na gruncie prywatnym, zapukaj pod deklil-to@tlen.pl Notatki z 2003 i 2004 roku czytasz na własną odpowiedzialność! Nastoletnie gadulenia, być może nie pozbawione pewnego uroku, ale jednak nastoletnie. I nie na temat. 2009 styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2006 grudzień listopad październik czerwiec maj luty styczeń 2005 listopad październik sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec Studentka zapolonizowana rok piąty, nie gotuje, ale za to masochistycznie babrze się w słowach. Wieczny poszukiwacz bohemy, nadwrażliwiec i wampir emocjonalny. Aktualnie na zakręcie, z brakiem wizji na ciąg dalszy. Mojsze Chomik Lunatyczne Forum Twórczość zebrana Czytam Absurdus Angua Merrik Aniołak Toroj Gerath Smagliczka Skye Noeś Bajka Marcin Niob Rikku Morgana Lily Diablessa (photo) Diablessa Agnieszka Rej Puszczyk Aurora Licznik działa od: 25 III 07 » Designed by Nathalie » For Goddess Layouts Copyright © Goddess Layouts |
![]() |
![]() |